Małego wydawcy nie musi pokonać model językowy. Wystarczy, że odbierze mu jedyną przewagę: szybkie przepisywanie cudzych wiadomości. Z Krystianem Magdziarzem, programistą aplikacji webowych i inwestorem w serwisy internetowe, rozmawiamy o tym, dlaczego wartość redakcji przenosi się z produkcji tekstu na dobór, porównanie i ocenę źródeł.
Twierdzi pan, że małych wydawców nie zabija AI, tylko ich przyzwyczajenie do przepisywania cudzych newsów. To wygodna teza dla kogoś, kto współtworzy narzędzie automatyzujące pracę z treścią. Dlaczego mielibyśmy jej nie uznać za sprzedażowy slogan?
Bo można ją sprawdzić bez kupowania ode mnie czegokolwiek. Proszę wziąć ostatnich dwadzieścia wiadomości opublikowanych przez dowolny mały portal branżowy i przy każdej odpowiedzieć na trzy pytania: ile źródeł wykorzystano, co redakcja dodała od siebie i czy po przeczytaniu materiału źródłowego artykuł nadal daje czytelnikowi jakąś korzyść. Jeśli odpowiedzi brzmią: jedno, nic i nie — problem już istnieje. Nie stworzył go żaden dostawca narzędzi.
Przez lata taki model miał ekonomiczny sens. Ktoś śledził depesze, komunikaty i większe portale, szybko przepisywał najważniejsze informacje własnymi słowami, dobierał tytuł, publikował. Czytelnik płacił uwagą za to, że nie musiał chodzić po źródłach. Wyszukiwarka z modelem językowym potrafi dziś wykonać tę samą operację: odnaleźć dokument, skrócić go i odpowiedzieć na pytanie. Jeżeli redakcja robi dokładnie to samo, lecz wolniej, ma koszt, którego maszyna nie ma, i nie tworzy przewagi, za którą odbiorca miałby wracać.
To nie znaczy, że każda automatyzacja zabiera wydawcy rację bytu. Zależy, który etap automatyzujemy. Składanie zdań nie jest tym samym co decyzja, że dwa komunikaty należy zestawić, trzeci odrzucić, a czwarty potraktować jako próbę narzucenia narracji. Wartość przesuwa się przed pisanie: do obserwowania właściwych miejsc, rozpoznawania powiązań i ustalania, czego w materiale brakuje. Potem przesuwa się za pisanie: do weryfikacji, odpowiedzialności za publikację i korekty.
Zarabiam na stronach internetowych od 2009 roku. Kupiłem i rozwijałem blisko 150 serwisów, a dziś zarządzam ponad 1 000. Nie mam interesu w ogłaszaniu, że wszystko, co stare, trzeba wyrzucić. Chcę odróżniać aktywo od kosztownego nawyku. Codzienna publikacja jeszcze nie dowodzi, że redakcja buduje wartość.
„Dobór i zestawienie źródeł” brzmi dobrze na konferencji. Co to konkretnie znaczy w jednoosobowej redakcji, która musi jeszcze sprzedać reklamę, poprawić stronę i odpisać klientowi?
Znaczy przede wszystkim rezygnację z ambicji, by opisać wszystko. Jednoosobowa redakcja nie wygra liczbą publikacji. Może wygrać tym, że wybierze wąski obszar, ustali stałą listę miejsc do obserwowania i zbuduje prostą regułę: nie publikuję, dopóki nie wiem, co ta informacja zmienia dla mojego czytelnika.
W praktyce zacząłbym od mapy źródeł, a nie od kalendarza tekstów. Osobno dokumenty pierwotne: projekty ustaw, raporty, rejestry, komunikaty instytucji, publikacje naukowe. Osobno źródła ludzi: wypowiedzi ekspertów, profile osób decyzyjnych, nagrania z posiedzeń. Osobno media, które mogą naprowadzić na temat, ale nie powinny być jego jedynym potwierdzeniem. Taki podział od razu pokazuje, czy redaktor relacjonuje fakt, czy tylko relacjonuje cudzą relację.
Potem potrzebny jest schemat pracy możliwy do wykonania przy małej skali. Materiał trafia do obserwacji. Redaktor ocenia jego związek z profilem serwisu. Szuka dokumentu pierwotnego i co najmniej drugiej perspektywy, jeśli temat jest sporny. Zapisuje, co jest nowe wobec poprzednich publikacji. Dopiero wtedy powstaje tekst. Czasem właściwym wynikiem będzie pięć zdań, tabela albo dopisanie aktualizacji do wcześniejszego materiału. Produkowanie osobnej strony dla każdej drobnej wzmianki służy licznikowi adresów, nie czytelnikowi.
Skąd jednak brać źródła, których nie ma już polska konkurencja? Mały portal nie wyśle obsługi i nie kupi dostępu do każdej bazy.
Nie musi mieć wszystkiego. Musi wiedzieć, gdzie powstaje informacja, zanim zostanie omówiona przez kolejnych pośredników.
Na portalu dla ochrony zdrowia prowadzę przegląd prasy medycznej z kilkuset źródeł, również zagranicznych. Są tam też oferty pracy, forum, publikacje naukowe, materiały wideo i analizy posiedzeń sejmowej komisji zdrowia. Różne źródła odpowiadają na różne pytania: komunikat mówi, co instytucja chce ogłosić, publikacja pokazuje wyniki badania, a posiedzenie komisji ujawnia tok sporu. Forum podpowiada perspektywę osób, których decyzja dotyczy, choć samo nie potwierdza faktu.
Przewaga nie polega na odkryciu tajnej bazy. Źródła często są publiczne, tylko nikt nie ułożył z nich systemu. Wydawca powinien wypisać organizacje, urzędy, autorów raportów, czasopisma i osoby wpływające na branżę, a potem sprawdzić, gdzie publikują jako pierwsze. Konkurencja często trafia dopiero na omówienie. Redakcja śledząca początek łańcucha może pokazać źródło i kontekst zamiast kolejnej parafrazy.
Jest tu pułapka: zagraniczny tekst nie staje się wartościowy tylko dlatego, że jest zagraniczny. Trzeba sprawdzić, czy opisuje ten sam rynek, te same przepisy i porównywalne warunki. Nie wiem, ile źródeł jest optymalne dla każdej redakcji. Wiem za to, że lista powinna wynikać z tematów, a nie z chęci pochwalenia się liczbą kanałów w monitoringu.
Przejdźmy do niewygodnej części. Sprzedaje pan automat, który zbiera materiały i przygotowuje artykuł. Czym to się różni od generatora treści, przed którym pan właśnie przestrzega?
Jeśli użytkownik wskaże jedno źródło, każe je przepisać i opublikuje wynik bez czytania, różnica będzie żadna. Narzędzie nie nada złemu procesowi sensu.
Mechanika, którą współtworzymy, zaczyna się wcześniej niż w polu „napisz artykuł”. SemanticHub monitoruje wskazane strony, media społecznościowe i publikacje naukowe, odsiewa materiały niezwiązane z zakresem redakcji, a następnie łączy powtarzające się doniesienia w jeden temat. Dopiero z takiego zestawu przygotowuje wersję do redakcji razem ze źródłami. Wynik może trafić do WordPressa, Wagtaila, poczty albo webhooka, ale przed publikacją akceptuje go człowiek. Produkt jest w fazie beta.
Ta różnica jest mniej efektowna niż obietnica automatycznej fabryki tekstów. System ma ograniczać mechaniczne przeglądanie strumienia i pokazywać redaktorowi materiał dowodowy. Nie powinien udawać reportera, który odbył rozmowę, nie powinien dopisywać reakcji rynku ani rozstrzygać, komu wierzyć. Ma zebrać elementy, usunąć duplikaty i przygotować roboczą syntezę, którą da się zakwestionować, bo źródła są obok.
Ostateczny test pozostaje brutalnie prosty: czy artykuł daje więcej niż najlepszy pojedynczy dokument wejściowy? Jeśli tylko wygładza jego składnię, mamy generator parafraz. Jeśli pokazuje zgodność kilku doniesień, ujawnia sprzeczność, osadza nowy fakt w poprzednich ustaleniach albo wskazuje brak danych, wykonuje pracę redakcyjną. Oprogramowanie może pomóc ją uporządkować, ale nie może samo sobie wystawić oceny.
Skoro system wyszukuje, grupuje i tworzy roboczy tekst, to gdzie właściwie jest jeszcze potrzebny redaktor? Proszę nie odpowiadać, że „do jakości”, bo to nic nie znaczy.
Redaktor jest potrzebny tam, gdzie trzeba ponieść odpowiedzialność za wybór. Ustala, dlaczego temat zasługuje na uwagę, czy źródło ma interes w przedstawieniu sprawy w określony sposób, czego brakuje do uczciwego wniosku i jakie słowo w tytule byłoby już nadużyciem. Model może policzyć podobieństwo dokumentów. Nie odpowie za to, że redakcja pomyliła korelację z przyczyną albo nadała komunikatowi reklamowemu rangę niezależnej informacji.
Jest też praca, której nie widać w gotowym akapicie: telefon z prośbą o doprecyzowanie, powrót do wcześniejszej deklaracji, sprawdzenie, czego dotyczyło cytowane badanie. Czasem trzeba poczekać na odpowiedź drugiej strony albo usunąć mocne zdanie bez dostatecznego oparcia. To odróżnia redakcję od interfejsu do streszczania.
Mały wydawca może powiedzieć, że nie ma na to czasu. Wtedy powinien publikować mniej. Dziesięć wtórnych newsów to dziesięć okazji do błędu i dziesięć stron zależnych od ruchu, który wyszukiwarka może zatrzymać u siebie. Materiał z dokumentem pierwotnym, kontrargumentem i wyjaśnieniem skutków ma szansę przydać się ponownie.
Rola redaktora nie znika, tylko przestaje być mierzona liczbą znaków napisanych ręcznie. To bywa niewygodne również dla samych redaktorów, bo łatwiej wykazać wykonanie planu publikacji niż udowodnić jakość decyzji, by materiał odrzucić, połączyć z innym lub jeszcze sprawdzić. Wydawca musi zmienić miarę pracy: mniej pytać „ile tekstów wyszło?”, częściej „ile tematów uporządkowaliśmy lepiej niż źródła osobno?”.
Jutro rano obejmuje pan serwis branżowy z 20 tysiącami odsłon miesięcznie, który żyje głównie z przepisywania newsów. Co robi pan do południa, bez budżetu na nowy zespół i bez półrocznej strategii?
Najpierw zatrzymuję automatyczne tempo publikacji, ale nie kasuję archiwum i nie przebudowuję strony. Otwieram dotychczasowe materiały i oznaczam przy każdym: źródło pierwotne albo pośrednik, liczba niezależnych źródeł, własny wkład redakcji, dalszy ciąg tematu. Bez tej inwentaryzacji łatwo wymienić jeden rytuał na drugi. O traktowaniu serwisu jak aktywa piszę o tym regularnie, również w książce „Wirtualne Kamienice”, z perspektywy inżyniera, nie finansisty.
Następnie wybieram jeden fragment branży, w którym serwis ma szansę być użyteczny. Nie cały rynek i nie wszystkie aktualności. Układam listę źródeł pierwotnych, dodaję kilka miejsc pokazujących odmienne interesy i definiuję format: jedna poranna odprawa redakcyjna, jeden rozwijany temat, jasna sekcja „co wiadomo, czego nie wiadomo, skąd to wiemy”. Jeśli wiadomość nie przechodzi tego sita, nie dostaje osobnego artykułu.
Do południa przygotowuję pierwszy materiał według nowej zasady. Biorę wydarzenie, które konkurencja opisała z jednego komunikatu, odnajduję dokument, dokładam wcześniejszy kontekst i zaznaczam luki. Nie ogłaszam zmiany modelu czytelnikom, dopóki nie zobaczą jej w tekście. Potem sprawdzam, czy taki materiał przyciąga powroty, zapisania, cytowania albo wejścia na kolejne strony — nie ograniczam oceny do samej liczby odsłon publikacji.
Jeżeli po tej próbie okaże się, że serwis nie ma dostępu do żadnego źródła, wiedzy ani perspektywy, których odbiorca nie dostanie szybciej gdzie indziej, uczciwie ograniczam koszty. Sam jestem inwestorem w strony, więc nie romantyzuję redakcji. Portal ma rację bytu wtedy, gdy porządkuje fragment świata dla określonej grupy. Sam adres, historia domeny i codzienna porcja przeredagowanych komunikatów nie są jeszcze takim powodem.






